Teatr dwójki aktorów
Filmy z gatunku "buddy movie" to zazwyczaj lekka, niezobowiązująca rozrywka o przygodach dwóch przyjaciół, która umila piątkowy wieczór. Przed seansem zastanawiałem się, czy "50/50" na pewno wpisuje się w tę kategorię, skoro główną osią fabularną ma być choroba nowotworowa głównego bohatera. Już pierwsze pół godziny filmu rozwiało wszelkie wątpliwości – humor nie jest tutaj próbą rozbawienia widza na siłę, a naturalną częścią charakteru postaci.
Co istotne, trywialny, czasem prymitywny humor w żadnym stopniu nie wypacza powagi dramatu. Wręcz przeciwnie – tworzył kontrast, zapewniając emocjonalny rollercoaster. Spora w tym zasługa dwójki aktorów, którzy perfekcyjnie przenieśli na ekran dynamikę "różnych, ale oddanych sobie kumpli". Wzajemnie się uzupełniali – Gordon-Levitt okazał się świetnym wyborem do roli Adama, bardzo dobrze przekazując trudne emocje swojej postaci, która zderzyła się z diagnozą nowotworu, a Rogen z naturalną lekkością odnajdywał się w skórze Kyle'a, klasycznego lekkoducha i żartownisia. Mimo swoich predyspozycji do scen komediowych bądź dramatycznych grane przez nich postaci w żadnym wypadku nie były jednowymiarowe. Seth Rogen zaskoczył mnie momentami pełnej powagi, dzięki którym zza maski "zabawnego kumpla, który ciągle rzuca wulgarne żarty i chce imprezować" można było ujrzeć człowieka sparaliżowanego wizją utraty przyjaciela, a cięte riposty Gordona-Levitta, przyjemnie wzbogacały ułożony charakter Adama.
Prostota i pozytywny przekaz
"50/50" nie jest z pewnością zawiłym czy skomplikowanym kinem, ale nie nazwałbym go też do bólu schematycznym. Jest czymś pomiędzy, dzięki niezłemu operowaniu prostotą. Niezłemu, bo do perfekcji trochę mu brakuje – niektóre żarty do mnie nie trafiły, a kilka postaci było ZBYT prostych. To wszystko jest jednak zaledwie malutką plamą, przyćmiewaną przez wachlarz zalet tego filmu.
Mimo kilku nietrafionych żartów, zdecydowana większość mnie zaskakiwała i skutecznie rozbrajała. Szczególnie zapadła mi w pamięć scena, w której Kyle nieudolnie próbuje pocieszyć Adama, argumentując, że przecież "żadne kasyno na świecie nie daje takich szans na wygraną, jakie masz ty" oraz reakcja Adama na samą diagnozę: "To niemożliwe. Ja nie piję, nie palę i nawet segreguję odpady!". Wzmianka o segregacji odpadów dzięki swojemu absurdowi doskonale oddaje szok pacjenta przy zaskakującej diagnozie.
Film wie także, kiedy zrezygnować z prostoty i poruszyć bardzo istotną kwestię, często pomijaną w produkcjach o tej tematyce. Chodzi o wpływ, jaki choroba nowotworowa ma na rodzinę i najbliższych chorego. Matka Adama bardzo cierpi, a jej ulubionym momentem w tygodniu są spotkania grupy wsparcia dla rodziców, których dzieci chorują na nowotwór. Co szczególnie ważne, jej potrzeby i cierpienie zostają zakomunikowane bez jednoczesnego umniejszania problemów samego Adama. Jest to wątek poboczny, który jednak doskonale pokazuje, że najbliżsi chorego również odczuwają stres i potrzebna jest im pomoc.
Jednym z największych plusów filmu jest zakończenie. To kawał pozytywnego przekazu, który w dodatku został przekazany wzorcowo. Łatwo jest rzucać puste frazesy o tym, że mimo ciężkiej życiowej sytuacji, będzie dobrze i że trzeba mieć nadzieję. O wiele trudniej jest wywołać w widzu realne poczucie optymizmu i nadziei – a "50/50" robi to doskonale. Mieszanka dobrych komediowych wątków z przypomnieniem, ile potrafi dać realne wsparcie bliskich, wywołuje uśmiech na ustach wiele godzin po skończonym seansie.
MOJA OCENA: 8/10

