Ojciec i syn – recenzja filmu „Dom jak życie”

12 czerwca 2026 /Informacje dla chorych

Ojciec i syn – recenzja filmu „Dom jak życie”

Zawieja Emil

Wiele filmów można zaliczyć do grona „całkiem dobrych”. To produkcje, które najczęściej są poprawne w każdym aspekcie. Muzyka, aktorstwo czy scenariusz są niezłe, ale żaden element nie wzbija się powyżej pewnego poziomu. W przypadku „Domu jak życie” sytuacja jest odwrotna – choć zalicza się do „całkiem dobrych”, to jest on specyficzną mieszanką elementów skrajnie słabych z elementami wybitnymi.

Ojciec i syn

Główna oś fabularna filmu dotyka trudnych tematów. George (grany przez Kevina Kline’a) otrzymuje diagnozę raka trzustki w czwartym stadium. Staje się to bodźcem do próby naprawienia relacji z jego nastoletnim synem Samem i zbudowania tytułowego domu. Oba te wątki mocno chwyciły mnie za serce. Wcielający się w rolę syna, znany z „Gwiezdnych Wojen” Hayden Christensen stworzył z Kevinem Kline’em iście galaktyczny duet. Wypadali rewelacyjnie zarówno w emocjonalnie angażujących scenach, jak i w tych lżejszych, komediowych momentach. Dawno nie widziałem tak dobrze zagranej relacji pomiędzy ojcem, który chce pomóc swojemu dziecku, a zbuntowanym nastolatkiem.

Bardzo podobało mi się również, jak George oswajał się z wizją śmierci. Mimo że targały nim różne emocje, był w stanie skupić się na tym, co dla niego najważniejsze – wspomnianej naprawie relacji z synem i domu.

Niepotrzebne komplikacje

Niestety, niesamowity popis aktorski i dobrze napisany wątek główny, są tu psute przez absurdalnie dziwne wątki poboczne. Część relacji miłosnych była wprowadzona nagle i co najgorsze, moim zdaniem zupełnie bez potrzeby. Nie dość, że nie miały żadnej głębi i były niesmaczne, to jeszcze wytrącały ze skupienia na najważniejszej części fabuły. Przez to miałem wrażenie, że w ciągu 10 minut seansu na ekranie wyświetlało się kilka różnych filmów o zupełnie odmiennej jakości.

Idealnym przykładem tej mieszanki słabej i świetnej jakości w filmie jest muzyka. Ta, której słucha nastoletni emo Sam, jest perfekcyjnie dobrana. Marilyn Manson lecący z głośników, gdy ojciec próbuje z nim porozmawiać, dobrze oddaje atmosferę młodzieńczego buntu i zagubienia. Problem pojawia się przy pełnych napięcia scenach – wtedy pompatyczna muzyka rodem z lat 80 XX. wieku uderza tak głośno, że ciężko skupić się na tym, co dzieje się na ekranie. Odnosiłem wrażenie, jakby miała ona na widzu wymusić konkretne odczucia i krzyczała: „Teraz jest ważna scena!!!”. Taki zabieg odniósł jednak efekt odwrotny od zamierzonego. Do tego nie sposób nie wspomnieć o jednowymiarowości postaci – oprócz George’a i Sama niewiele postaci miało w sobie głębię. Większość była tylko tłem dla głównej historii.

Zakończenie

Zapewne końcowa ocena byłaby niższa, gdyby nie zakończenie. Wiele wskazywało na to, że będzie równie absurdalne co wątki poboczne, jednak film wrócił na właściwe tory. Zawsze doceniam filmy, które poza mile spędzonym czasem skłaniają do refleksji. I „Dom jak życie” należy właśnie do takich filmów. Bo, czy nie wyszłoby lepiej, gdyby George spróbował naprawić relację z synem wcześniej, a nie dopiero, gdy otrzymał diagnozę? Jego historia daje wskazówki, które można zastosować w codziennym życiu, a to bezcenne.

 

MOJA OCENA 7/10

Partnerzy
Novartis
Takeda