Film jest adaptacją sztuki teatralnej Margaret Edson i czuć to w każdym aspekcie. Długie, emocjonalne monologi i konsekwentne łamanie czwartej ściany grają tutaj pierwsze skrzypce. Uwagę przykuwają także niecodzienne sceny retrospekcji – główna bohaterka, Vivian, wracając wspomnieniami do wczesnego dzieciństwa, pojawia się w nich w swojej obecnej postaci – dorosłej kobiety, dumnej profesor literatury, chorej na przerzutowego raka jajnika w zaawansowanym stadium. Te sceny skutecznie wzbudzają szok – wywołują swego rodzaju dysonans, między tym, co słyszymy (głos dziecka, proszącego ojca o przeczytanie książki), a tym, co widzimy (dorosłą, chorą Vivian).
Jako, że ogromna część filmu skupia się na monologach i przemyśleniach Vivian, na barkach aktorki wcielającej się w jej rolę – Emmy Thompson, spoczywał spory ciężar, który niewątpliwie uniosła. Jej gra to popis aktorskiego geniuszu. Thompson z naturalną lekkością rzucała sarkastyczne uwagi, by chwilę później tonąć w strachu i lęku przed widmem śmierci. Ukazała w bardzo wiarygodny sposób powolną drogę od wyniosłego, cynicznego podejścia Vivian do zrozumienia, że w momentach ogromnego cierpienia, to czego potrzeba najbardziej, to bliskość drugiego człowieka. Seans "Dowcipu" przypomniał mi także o nieuchronności śmierci i próbie pogodzenia się z nią. Ten temat cały czas jest poruszany przez bohaterkę za sprawą ukochanych przez nią wierszy Johna Donne'a. Niestety, mimo fantastycznej pracy Emmy Thompson, w pewnym momencie seansu, refleksje i recytacje wierszy Donne'a zaczynały tracić na sile. Stawały się dla mnie nużące i powtarzalne. Jednak nawet mimo tych dłużyzn, droga, jaką przeszłą Vivian nadal była ciekawa do śledzenia.
Jednym z powodów przemiany głównej bohaterki były działania dwóch postaci pobocznych – lekarza Jasona oraz pielęgniarki Susie. Stojący wobec siebie w opozycji duet, który najczęściej wchodził w interakcje z Vivian, również intrygował, a nie był tylko tłem do głównych wydarzeń. Ich sprzeczne podejścia stworzyły ciekawą synergię na ekranie. Okazywana przez Susie dobroć była jak haust powietrza podczas tonięcia w morzu zobojętnienia Jasona. Gdyby nie brak elementarnej empatii lekarza, działania pielęgniarki nie miałyby takiej siły przebicia. Wspomniany brak wrażliwości Jasona i personelu medycznego porusza banalną, ale bardzo istotną kwestię dotyczącą bliskości – aby komuś pomóc, bliskość nie może być sztuczna. Pytanie wymiotującej do basenu Vivian: "Jak się czujesz?" zakrawa wręcz na groteskę. Przewijające się przez cały film pytanie było dla mnie symbolem sztucznej empatii - dla personelu to tylko wymóg, który trzeba spełnić, a nie rzeczywista chęć pomocy drugiemu człowiekowi.
Mimo pewnych błędów "Dowcip" to nadal świetna opowieść o nieuchronności śmierci oraz o potędze bliskości i empatii, zwłaszcza w ostatnich chwilach życia. Warto go obejrzeć, choć z całą pewnością, pytanie "Jak się czujesz?" już nigdy nie będzie brzmieć tak samo.
MOJA OCENA: 8/10
