"Młodzi to tak fajnie mają" – jak wygląda życie młodego dorosłego chorego na nowotwór?

16 grudnia 2025 /Informacje dla chorych

"Młodzi to tak fajnie mają" – jak wygląda życie młodego dorosłego chorego na nowotwór?

Onkologia.edu.pl

Młodzi ludzie, mimo niepokojącej tendencji wzrostowej, wciąż stanowią mniejszość całkowitej populacji onkologicznej. O tym, z jakimi problemami mierzy się młody pacjent onkologiczny, oraz o tym, jak wygląda codzienne życie z nowotworem opowiada Ernest – pacjent z rakiem brodawkowatym tarczycy.

Na samym początku chciałem spytać, jak to się wszystko zaczęło? Jakie były Twoje pierwsze myśli po diagnozie?

Powiedziałbym, że początek był raczej nietypowy. Wydaje mi się, że ludzie zwykle posiadający ten rodzaj raka wcześniej już mieli jakieś problemy z tarczycą, a ja właściwie nie miałem żadnych. U mnie troszeczkę się to zaczęło od drugiej strony, bowiem najpierw wykryto przerzuty. Miałem na szyi takie dosyć podejrzane kuleczki, które dało się wyczuć palpacyjnie. No i cóż, na początku lekarz rodzinny skierował mnie do hematologa. Podejrzewano chłoniaka. Trochę było to niepokojące, bo jednak chłoniaki się zwykle leczy chemioterapią, co kojarzy się z raczej ostrzejszym leczeniem. Ale żeby się upewnić, co to właściwie jest, potrzebna była pierwsza operacja. Właściwie to była biopsja, ale okazało się, że ten przerzut był na tyle znaczący, że musieli mnie uśpić i było to przeprowadzone jak zwykła operacja. Kładłem się z myślą, że czeka mnie chemioterapia. Po dwóch tygodniach zadzwonił do mnie doktor i powiedział: "No, ma pan raka". 

Jakie były reakcje bliskich, Twojego otoczenia? 

Ze strony rodziny była to panika. Rodzice zabrali się za szukanie najlepszych specjalistów. A co ja wtedy odczuwałem? Byłem zaaferowany, szczerze mówiąc, jakimś miłosnym niepowodzeniem. I na tyle, na ile dziecinne może się to wydawać, to miłosne niepowodzenie wydawało mi się ważniejsze niż rak. I tak od pierwszej operacji do drugiej. Druga to już nie była biopsja. Polegała na wycięciu całego opanowanego przez "zarazę" organu oraz dosyć sporej liczby węzłów chłonnych. Około 30 ich wycięli i chyba 28 z nich miało przerzuty, więc było całkiem interesująco. Mimo że operacja była przeprowadzona wzorcowo i sama loża tarczycy została oceniona przez lekarzy jako wyczyszczona do cna, czyli tak porządnie, bez żadnych pozostałości, to rok później okazało się, że musiałem mieć kolejną operację. To była już trzecia. I co ciekawe, to trzecia operacja nie była wystarczająca, bo teraz zostałem skierowany na kolejną. Wciąż czekam na ustalenie terminu. Biorąc pod uwagę, że te przerzuty nawracają i nawracają, no i ile można człowieka ciąć, chyba tak do skutku, aż zostanie mniej człowieka niż tego, co zostało z niego wycięte, to doktorzy zdecydowali, że taka duża liczba operacji nie będzie mieć sensu i najprawdopodobniej zostanę poddany radioterapii.

Chociaż na rak brodawkowaty tarczycy często chorują osoby młode, to w ogólnej populacji onkologicznej, jesteś w mniejszości, jeśli chodzi o wiek. Odczuwałeś to, leżąc w szpitalu?

Nie spotkałem się ze złym traktowaniem ze strony lekarzy, ale miałem takie uczucie, szczególnie gdy czekałem z innymi pacjentami, że jestem nie do końca w miejscu, w którym być powinienem. Jedyną osobą, która była w moim wieku, była dziewczyna ogolona na łyso, po której widać było po prostu, że jest pacjentką onkologiczną. Ja i ona byliśmy tam jedynymi młodymi osobami. Powiedziałem do siebie wtedy: "Kurczę, jest chyba niedobrze". Ona jest jedyna młoda, ja jestem jedynym młodym. Czy taki będzie mój los za bardzo niedługo? To jedna kwestia. Druga to moje zmienione podejście do osób starszych, gdy opowiadają o jakichś swoich dolegliwościach. Mówię o takich zwykłych, zasłyszanych rozmowach na przystanku. Czasem słyszę coś w stylu: "Młodzi to tak fajnie mają, że są tacy zdrowi i jak to super być młodym, a mnie to boli krzyż, ja miałam operację biodra". Oczywiście nie chodzi mi o bagatelizowanie powagi operacji biodra albo problemów osób starszych, nie to jest moim celem. Chodzi mi o to, że to jest jednak trochę irytujące, gdy ktoś mówi takie rzeczy święcie przekonany, że jego problem jest największy na świecie, a obok może jednak być ktoś, kto ma np. raka.

Jak wygląda taki zwykły dzień młodego człowieka chorującego na nowotwór? 

Albert Camus pisał: "Do wszystkiego w życiu idzie się przyzwyczaić". Ja trochę wychodzę z takiego założenia. Mianowicie, zanim wykryto u mnie chorobę, właściwie żadnych leków nie przyjmowałem na stałe. A teraz przyjmuję 3 razy dziennie, przed posiłkiem, jakieś w trakcie, inne po. Muszę pamiętać, które kolidują z którymi. Muszę pamiętać, które się podaje pół godziny przed jedzeniem, a których np. nie można podawać, nim nie upłynie 6 godzin od przyjęcia innego. Myślę, że to jest jeden z takich bardziej uciążliwych aspektów tego. I aspekt finansowy, to na pewno. 

A co z aktywnością fizyczną? Czy może bardziej ogólnie: czy odczuwasz, że życie towarzyskie przed i po to zupełnie inaczej wygląda?

Jeśli chodzi o życie towarzyskie, to nie zostało w żaden sposób naruszone. Może było nieco poruszenia przy samej diagnozie, ale to bardziej ze strony rodziny. Wtedy się bardziej interesowała wszystkim, co się dzieje. Jeśli chodzi o przyjacielskie relacje, to mam to szczęście, że otaczam się wspaniałymi ludźmi, na których mogę zawsze liczyć, więc tutaj nigdy na nic nie narzekałem. A jeśli chodzi o aspekt fizyczny? Mam wrażenie, że nie jestem idealną osobą, żeby się o tym wypowiadać. To znaczy, że jeśliby na przykład zestawiłoby się mnie oraz kogoś, kto przechodzi chemioterapię, to odnoszę takie wrażenie, że mój rak nie do końca "rakuje". Boję się, że takie osoby siedzą w domu pogrążone w smutku. Mam nadzieję, że tak nie jest oczywiście, ale myślę, że mój przypadek porównany do tego jest całkiem lekki, bo poza tym, że przyjmuję leki i że mam odrobinę gorszą odporność, jestem troszeczkę mniej silny fizycznie niż dawniej, to nie jest ostatecznie tak źle.

To, co mi ciąży w pewien sposób, to aspekt psychologiczny. Osoby, z którymi leżałem na sali, albo z którymi rozmawiałem, najczęściej mają niskie albo średnie ryzyko nawrotu. Ja do dziś mam to ryzyko "nieokreślone". To obciąża, gdy jestem na wizycie i myślę, że dowiem się czegoś nowego – a tu "nieokreślone". Za pół roku myślę, że będę wiedzieć, na czym stoję – no i tak to już trwa trzy lata.

Czy masz jakieś przemyślenia, które chciałbyś dodać?

Co tu mogę ciekawego powiedzieć? Może to, że nie należy niczego brać za pewnik w życiu. Ktoś sobie myśli o tym, co będzie robić na emeryturze; ktoś o tym, co będzie robić za parędziesiąt lat. Nigdy nie wiadomo, jaka choroba nas dopadnie za rok, za dwa lata albo czy autobus nas nie potrąci.

To przejaw takiej pozytywnej postawy w tym wszystkim?

Być może moje poczucie humoru może być źle odebrane. Robię to po to, by podejść do tematu w pozytywny sposób. Jakkolwiek ciężki by nie był, to wydaje mi się, że humorystyczne podejście ułatwia funkcjonowanie. 

Partnerzy